20sierpień2018

20 Sierpień 2018    |    Imieniny obchodzą: Sabina, Sobiesław, Bernard
trans 
Get Adobe Flash player
Jesteś tutaj: Home » Pasje » separator pasja » Muzyka » Recenzja: Blue - Roulette (muzyka)

Recenzja: Blue - Roulette (muzyka)

Po różnych rockowo-elektronicznych zawirowaniach, najwyższa pora powrócić do muzyki popularnej. Dzisiaj zajmiemy się brytyjskim boysbandem zwanym Blue, który działa w branży od roku 2000. Jego kariera nie trwała jednak zbyt długo – rozwiązano go już po 5 latach, jako że muzykom zachciało się pracy nad solowymi projektami. W gruncie rzeczy nic konkretnego z tego nie wyszło, więc w 2009 r. nastąpił wielki powrót. Spoglądając na sektor współczesnych bojsbendów, nie da się nie zauważyć, że powiewa w nim nudą, bo mało która formacja prezentuje materiał na przyzwoitym poziomie. Niebiescy nie stanowią wyjątku. 

Blue - Roulette

 

Tak sobie słucham tych 15 nagrań i słucham i nic ciekawego nie słyszę. Roulette to typowy pop z gatunku radiofriendly, wyprodukowany przez m.in. Red One'a, The Smeezingtons, Ne-Yo i StarSign. Jaki z tego wniosek? Taki, że warto przygotować się na 55 minutową powtórkę z bieżących trendów. Zapewne już domyślacie się, że recenzja nie będzie zbyt pochlebna - czas więc sprawdzić, co dokładnie tutaj spieprzono.

Po kilkakrotnym odsłuchu wydawnictwa, pojawiło się w mojej głowie pytanie – czym ta pozycja różni się od dziesiątek innych utrzymanych w podobnej konwencji? Brzmieniowo niczym. Wszystkie elementy są tak modne i ograne, że na dłuższą metę niewiarygodnie przynudzają. Słychać tu akordy zapożyczone z twórczości, przykładowo, Little Mix, Taio Cruza, po części też Jasona Derulo i Adama Lamberta, które już w oryginalnym wykonaniu nie porażały świeżością. Poza tym, podkład nie należy do wyjątkowo melodyjnych. Niby są tu motywy klubowe, coś_imitującego_r&b oraz pseudo ballady, czyli pakiecik teoretycznie przykuwający uwagę. Jednak ze względu na schematyczny i nieco bezpłciowy charakter, tym razem nic nie wpada w ucho. A jeśli nawet wpada, to szybko wypada drugim. Tak samo ma się sprawa z klimatem, ponieważ album nie wprowadza w żaden konkretny nastrój, dodatkowo usypiając potencjalnego słuchacza. Znaczy się kolejny gwóźdź do trumny. Plusy? Na aplauz zasługuje najwyżej fakt, że materiał nie został skrajnie przesłodzony, co stanowi częstą bolączkę pokrewnych artystów. No i nie wywołuje bólu głowy, a to też jakaś zaleta.

Nie miałem dużych oczekiwań względem liryki. W końcu czego można się spodziewać po radiowych hiciorkach i to z niższej półki. Otrzymaliśmy, bez zaskoczenia, miłosne wywody dotyczące złamanego serca, zerwań, powrotów, pożądania i samych wyznań uczucia. Nic nowego, standard. Znacznie lepiej sprawują się kwestie techniczne – słychać, że mamy do czynienia z profesjonalnymi wokalistami, którzy nie tylko posiadają ciekawe barwy głosu (chociaż czasami bywają one za bardzo auto-tune’owane), ale jeszcze wiedzą jak to efektownie wykorzystać. Powiedzmy, że ujdzie.

Singiel I Can powinniście już kojarzyć, jako że Niebiescy startowali z nim na konkursie Eurowizji w 2011 roku. Słaba produkcja, nic dziwnego, że uplasowała się dopiero na 11 pozycji. W drugiej kolejności światło dzienne ujrzało niewiele lepsze Hurt Lovers, które również nie narobiło szumu wokół zespołu. Zaś trzecim singlem ma zostać Black Box, czyli nudy ciąg dalszy. W takim razie jest tutaj coś interesującego? W ostateczności Break You Down, ale w jego przypadku też szału nie ma - tyle tylko, że nie nuży. Generalnie nie warto tracić czasu na to dzieło, w końcu jakość poszczególnych pozycji jest prawie za każdym razem równie kiepska.

Zero zaskoczenia, emocji, przebojowości i klimatu – tak najłatwiej podsumować nowe wydawnictwo zespołu Blue. W wyniku pogoni za jak największą sprzedażą, nastąpił przerost formy nad treścią, czyli przesadnie skupiono się na władowaniu maksymalnej ilości modnych elementów, całkowicie olewając melodyjność i emotywność. Szkoda, bo nawet jeśli nie byłoby zjawiskowo, to zawsze coś chwyciłoby za ucho. Natomiast tym razem zaserwowano nam materiał, który mało tego, że jest mocno przeterminowany, to jeszcze wydaje się kompletnie bezbarwny. A tak się nie bawimy.

źródło: recenzje-muzyki.blogspot.com