21sierpień2018

21 Sierpień 2018    |    Imieniny obchodzą: Joanna, Kazimiera, Franciszek
trans 
Get Adobe Flash player
Jesteś tutaj: Home » Pasje » separator pasja » Literatura » "Prawem na lewo" - recenzja

"Prawem na lewo" - recenzja

Mówisz: John Grisham, myślisz: thriller prawniczy. Najpopularniejszy autor gatunku tym razem stworzył coś na kształt prawniczej tragikomedii. 9 13609398814

Proszę państwa, przed wami Oscar Finley i Wally Figg: wspólnicy-nieudacznicy, ‘specjalizujący’ się w odszkodowaniach. Zarówno ich życie osobiste, jak i zawodowe to katastrofa. Zmęczony życiem i nieudanym małżeństwem Oscar pragnie tylko jednego: jakoś przetrwać do emerytury. Wally jest czterokrotnie rozwiedzionym alkoholikiem, niepijącym od kilkudziesięciu dni. Dzień pracy obu panów wypełniają gonitwy za klientami. Gdy przez okno kancelarii (którą nazywają butikiem) usłyszą odgłosy stłuczki, czym prędzej gnają na miejsce wypadku. Najczęściej jednak buszują po szpitalach i zakładach pogrzebowych. Pomimo wszystkich tych wysiłków (włączając jeszcze ulotki przyklejane na słupach, zostawiane na ławkach w parku, a także drukowane na odwrotach kuponów bingo), zyski są iluzoryczne, podobnie zresztą jak status kancelarii. Finley i Figg wciąż czekają na zlecenie życia; sprawę, dzięki której wreszcie staną się milionerami.

David Zinc, rzutki absolwent Harvardu robi coś, o czym marzy większość ludzi: pewnego dnia po prostu stwierdza, że dość już naharował się dla znienawidzonej korporacji i dość już naoglądał się znienawidzonego szefa. Rzuca swoją pracę w diabły i idzie się upić. Przez przypadek trafia do kancelarii Finleya i Figga… Od tej pory duet przeradza się w trio. Wkrótce Oscar, Wally i David, wyczuwając żyłę złota, beztrosko wplątują się w proces przeciwko jednemu z największych producentów leków na świecie. Wprawdzie żaden z nich nigdy wcześniej nie uczestniczył w rozprawie przed sądem federalnym, ale pozytywny werdykt wydaje się przesądzony… Cóż, naszych bohaterów czeka wiele niemiłych niespodzianek.

Oto meandry prawa w teorii i praktyce made in the USA. Jak to w USA – absurd goni absurd. Począwszy od metod pracy prawników szemranej kancelarii, na żałosnym pomyśle pozywania wielkiego koncernu skończywszy. Choć przyznać trzeba, że autor stara się nadać swej historii pozory realności; miejscami mu się to nawet udaje. Cieszy również tak charakterystyczny dla jego stylu humor - zabawne sytuacje i dialogi są niewątpliwie atutem powieści. Główni bohaterowie, mimo że przerysowani, dają się lubić. Trudno jednak kibicować im – bo czy należy kibicować głupocie? Wyjątkiem jest poboczny wątek pewnego śledztwa prowadzonego przez Davida. Przypadek chłopca z Birmy, który zatruł się ołowiem z zabawki, stanowi ciekawą, poważniejszą odskocznię od cudacznych wygłupów Finleya i Figga. Grisham zdaje się pytać: czy w systemie prawnym jest w ogóle miejsce na coś takiego, jak sprawiedliwość?

Język powieści cechuje prostota. Stron ubywa w tempie błyskawicznym, wszak nie brak też, szczególnie na początku, niemiłosiernie dłużących się fragmentów (czasem całych rozdziałów) oraz zbędnych, nic nie wnoszących opisów czy postaci. Obawiam się, że mniej wytrwali czytelnicy w pewnym momencie zwyczajnie rzucą tę książkę w kąt. Chociaż… Spójrzmy prawdzie w oczy: czy warto męczyć się przez kilkaset stron, by zamiast oszałamiającego finału czy choćby niespodziewanego zwrotu akcji, dostać całkowicie przewidywalne zakończenie? A takie właśnie zakończenie dostajemy.

„Kancelaria” niewiele wspólnego ma ze sztandarowymi dziełami Grishama, takimi jak poruszający „Czas zabijania” czy ambitny „Zaklinacz deszczu”. Nie ma tu bowiem ani czym się wzruszać, ani zachwycać. Godziny spędzone z nieudacznymi adwokatami zapewnią nam trochę rozrywki, i niestety nic poza tym.

Marta Gęsigóra

źródło: lubimyczytac.pl